[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Przymknął oczy.Z wolna zapadał w drzemkę.Naraz przebudził się, lecz jak człowiek przyzwyczajony do niebezpieczeństw, nie wykonał najmniejszego ruchu.Wolniutko uchylił powiek.Burza ucichła i deszcz przestał padać.W szałasie panował półmrok; jasna poświata księżycowa wpełzała przez otwór wejściowy.Przez chwilę czujnie nasłuchiwał.Wokół słychać było głębokie oddechy śpiących.Smuga pomyślał, że obudził go zapewne krzyk jakiegoś nocnego ptaka.Nie mógł jednak ponownie zasnąć, nurtował go jakiś wewnętrzny niepokój.Nagle pojął, co go przebudziło: Mateo przestał chrapać.Smuga wytężył słuch.Wydawało mu się, że słyszy nikły szelest, jakby ktoś przesuwał dłonią po pniu drzewa, na którym zawieszony był jego hamak.Od razu uzmysłowił sobie, że tam właśnie, na sęku, powiesił pas z rewolwerami."Mateo kradnie broń" - pomyślał.Jeśli nawet tak było, nie mógł temu zapobiec.Zanim zerwałby się z hamaka, Metys miałby czas pchnąć go nożem lub zastrzelić.Leżał więc spokojnie i oddychał równomiernie jak człowiek pogrążony w głębokim śnie.Spod uchylonych powiek pilnie wpatrywał się w rozjaśniony światłem księżyca otwór wejściowy szałasu.Nagle zrobiło się zupełnie ciemno."Mateo wychodzi - rozumował Smuga.- Zasłonił sobą otwór".Po krótkiej chwili poświata księżycowa znów rozjaśniła mrok.Smuga bezszelestnie zsunął się z hamaka na ziemię.Jeden ruch ręką upewnił go, że Mateo opuścił swe posłanie.Potem szybko przesunął dłonią po pasie z rewolwerami zawieszonymi przy własnym hamaku.Pochwy były puste.Ostrożnie zbliżył się do wyjścia.Nie budził nikogo.Każda chwila, zwłoki mogła ułatwić Mateowi ucieczkę.Nadstawił ucha.Usłyszał szelest w zaroślach nadrzecznych.Domyślił się, że Mateo zamierza uciec łodzią.Był to doskonały pomysł, bowiem pościg lądem nie miał jakichkolwiek szans na dogonienie uciekiniera.Poza tym Mateo nie pozostawiłby śladów ułatwiających tropienie.Smuga wysunął się z szałasu, po czym chyłkiem pobiegł ku brzegowi, gdzie pozostawili łódź wyciągniętą na ląd.Zdumiał się ujrzawszy, że ciężka, długa łódź była już niemal do połowy zepchnięta na wodę.Nie docenił przedtem siły Metysa.Nie było czasu do stracenia.Jeśli Mateo znajdzie się na rzece w łodzi, umknie bez trudności.Smuga nie mógłby nawet powstrzymać go strzałem, gdyż w pośpiechu nie zdążył zabrać broni.Mateo właśnie pochylił się nad rufą łodzi, ujął ją od spodu dłońmi i zaczął spychać na wodę.Smuga dopadł uciekiniera.Uderzeniem w kark powalił go na łódź.Mateo dźwignął się i klęknął.Widocznie poznał napastnika, gdyż ręka jego bez wahania sięgnęła do pasa, za którym miał zatknięte rewolwery.Smuga pięścią uderzył go w podbródek.Mateo przetoczył się na plecy.Zanim stanął na nogi, przeciwnik zwalił się na niego całym ciężarem swego ciała.Smuga posiadał niemałe doświadczenie w walce wręcz.Toteż wkrótce prawa ręka Mateo wykręcona do tyłu zatrzeszczała w stawie.Mateo jęknął z bólu.Teraz Smuga wyciągnął mu rewolwer zza pasa, po czym rzekłŕ- Głupi jesteś, Mateo! Żywy nigdy mi nie uciekniesz! - przyłożył mu rewolwer do pleców.- Wstań! - rozkazał.Metys postękując podniósł się z ziemi.Smuga bez trudu odebrał mu drugi rewolwer.- Jeśli jeszcze raz spróbujesz uciekać, to oddam Yahuanom twoją głowę za głowę Johna Nixona - ostrzegł.- A teraz kładź się spać, bo najdalej za dwie godziny ruszamy w drogę!Na Rio PutumayoSmuga niewiele spał tej nocy.Zaledwie księżyc skrył się za drzewami po drugiej stronie rzeki, Haboku dotknął jego ramienia.Smuga natychmiast otworzył oczy.W szałasie panował mrok.Mateo jeszcze postękiwał przez sen obok na hamaku.- Czas już na nas - szepnął Haboku.- Wkrótce nastanie dzień.- Zbudź wszystkich, ruszamy - odparł Smuga.Wyszedł z szałasu.Wilson wydzielał racje suchego prowiantu.- Dzień dobry! - zawołał.- Śniadanie gotowe! Trochę zaspał pan dzisiaj!- Dzień dobry, istotnie nie słyszałem jak wstawaliście - odparł Smuga, nic nie wspominając o nocnej próbie ucieczki Mateo.- Niech pan dopilnuje, żeby wszyscy byli za kwadrans w łodzi.Ja tymczasem rozejrzę się po okolicy.Wkrótce przystanął na brzegu Putumayo, która nieco dalej w kierunku na zachód przekraczała granicę Kolumbii[34], wdzierającej się tutaj wąskim pasem pomiędzy terytoria Brazylii i Peru.Była to najkrótsza droga do Yahuan, zamieszkujących w pasie przygranicznym Peru na brzegu Rzeki Świętej Teresy, dopływu Putumayo.Rzeka jeszcze kryła się w nocnej, gęstej mgle.Nadbrzeżne drzewa roztapiały się w sinawych oparach.Gdyby nawet Indianie Tikuna czaili się do napadu gdzieś w pobliżu, teraz nic by nie mogli przedsięwziąć.Pora była doskonała do przekroczenia cichaczem granicy kolumbijskiej
[ Pobierz całość w formacie PDF ]