[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W każdym razie dawna Polska musiała „na Marcina" miećzawsze pieczoną gęsinę na półmiskach.Nie było majdana, podwórka czy jakiegoś ustronnegodziedzińczyka, nad którymi by przed tym dniem nie wzbijał się strzelisty klangor skazanych na śmierćbiedaczek.Ginęły całymi stadami po dworach, zagarniały je mniej ascetyczne kuchnie klasztorne, nieżałowała wówczas „głupich gęsi" siermiężna wieś.Dzień świętego Marcina dużo gęsi zarzyna.Na Marcina gęś do komina.Te tajemnicze dziśprzysłowia to świadectwa tamtych obowiązkowych egzekucji, informujące zarazem o sposobiewykorzystania ich zazwyczaj dobrze przedtem podkarmionych bohaterek.Gąski pakowano do„komina", by tam zbrązowiały na rożnie, a może nawet, utarzane w zaprawce z popiołu ze słomy orazz miodu, pieprzu i imbiru, przeistoczyły się w słynne „czarne gęsi", którymi tak chlubiły się stołystaropolskie.Nakazywał przed wiekami rymotwórca:Gotuj na stół tłustą gęś, zwróżym z niej o zimie;Mokre li albo mroźne rządy swe obejmie,A nie żałuj naczynia dobrej myśli: wina!Tego żąda po tobie twa wierna drużyna.Ta zwrotka jest zapisem realisty, który wie, iż Marcinowe gęsi, nim powędrowały do kałdunów,przydały się ludziom jeszcze w jednym: jako wróżki.Gosposie przyglądały się uważnie kościompiersiowym tych męczennic.Jeśli te kości były „białe", niechybnie oznaczało to zimę śnieżną, jeśli„czerwone" - mroźną, a jeśli „ciemne" - deszczową.Święty Marcin, jakby konkurując we wróżbach zpóźniejszym kalendarzowo Andrzejem, dawał jeszcze inne sygnały odnośnie nastającej pory roku.Czasem „przyjeżdżał na białym koniu", sypiąc śniegiem i pochrupując mrozikiem.Mówiono wtedy, żewróży to pluchę w Boże Narodzenie.Czasem nie było „białego konia", natomiast siąpiło i zacinałodeszczem szkaradnie.To znowu była przepowiednia, że w święta tym razem będzie śnieżnie.Święty Marcin po wodzie, Boże Narodzenie po lodzie.Wiele przysłów wymyślili nasi przodkowie na dzień tego świętego, sięgając po gęsią nóżkę albopopatrując za okno, ale przytoczmy jeszcze tylko dwa określenia, które wprowadzą nas w szczególną,uroczystą, acz już nie tak wieszczbiarską atmosferę dawnego Marcina.Jedno pochodzi od Reja,wionąc jakby zdrowym, jesiennie zgęstniałym zapachem spichlerza, pod którym prawie że widzimypana, wójta i plebana.Brzmi:„Sklęśnie mieszek u wójta nazajutrz po świętym Marcinie, kiedy z dworu idzie".Drugie określenie nie jest tak obrazowe, ale znaczy to samo:„Tak próżny, jak worek wójta po świętym Marcinie".Skąd ten wójt? Dlaczego mówi się o jego pustym mieszku czy też worku w ten, a nie w inny dzień?W dzień świętego Marcina należało niegdyś rozliczyć się z dworem, to znaczy przywieźć zboża imięsiwa, popłacić wszelakie czynsze, dać - jak to wymienia Haur - „stróżne, najemne, gajowe,arendne, karczemne, rybne i miodowe".Należało wywiązać się przed panem z ustalonych danin, więcnie dziw, że mieszek czy worek wójta stawał się pusty po takiej operacji, a dokładniej, że stawały siępuściejsze czy wręcz całkiem puste obory i stodółki wszystkich poddanych, zobligowanych do owychwymienionych i jeszcze wielu innych powinności.Walono w bębny, grzmiały trąby.To zbliżali siępoborcy, by spełniać swe ważne role, nierzadko przy pomocy okutego kija, a zawsze z energią iwrzaskiem: na fury szło czasem to, co tylko tym figurom wpadło pod rękę.Właściwie, oprócz tychdygnitarzy rozsiadających się na Ociepkach czy beczkach nikt wtedy nie pracował.Zwłaszcza żadenmłynarz nie ośmielił się wówczas mleć ziarna, wiedząc, iż na to tylko czyhają czarci, aby gdy uruchomiinteres, połamać mu koła.- 187 -A zresztą dzień świętego Marcina to było prawie święto.Sądzono, że ten święty zaczynał zimę,nawet jeśli nie udało mu się przybyć na białym koniu i świat tonął w szarudze, dmuchając pierzem inadgniłymi liśćmi.Ustawały jesienne prace w polu.Dnie poczynały złocić się kądzielą, wyciąganoprzęślice, wrzeciona, motowidła, migotały jeszcze nie wyschłe z poślinienia nici i terkotały kołowrotki,które jednak są niedawnym wynalazkiem.Specjalne, najbardziej fachowe ekipy pochylały się nadkoszami kapuścianych główek i radując wzrok tą jakże subtelną nieśmiało seledynową bieląwykonywały swoje żmudne, a przy tym wysoce odpowiedzialne czynności.Kapusta! Biała, swojska kapusta, brassica deracea, do której nie umywały się jej kolorowekrewniaczki z daleka, włoska czy brukselska! Dziś straszy z garów w podrzędnych jadłodajniach idoznaje zniewag jako synonim pospolitości, mało też kto przejmuje się, jak ją pokroić, zakisić,przechować.Ale kiedyś?Przed zimą, 1512„Nie próżno to już od dawna - donosił „Kuryer Warszawski” z 1849 roku - przesuwają się po ulicachmiasta widywane co rok i to o tej porze figury z maszynami na plecach do szatkowania kapusty.Widać, że czas po temu, i że skrzętne gosposie, jak zwykle tak i w tym roku, zaopatrują się w ten takużyteczny i niewyczerpany w swej rozmaitości przysmak na zimę.O ile jednak sięgamy pamięcią, tozdaje się, że i owe maszynerye i towarzyszące im ubijaki niezbyt dawno weszły w modę, i że zaczasów prababek naszych prosty nóż i para, ale tęgich nóg, odbywały tę czynność, pierwszy krając, adrugie depcąc ową krajaninę, że aż beczkę rozsadzały.I dziś jeszcze znajdziemy takich, którzy oddająpierwszeństwo kapuście deptanej."Kapustę należało ubijać lub deptać tak, żeby w beczce aż mlaskało świeżutką kwaśnicą o niecowinnym smaku, a potem tę beczkę, niby baryłkę ze skarbami, dołączało się do komory bądź piwnicyna leniwy, zimowy wypoczynek.Rozsiadali się przy piecach staruszkowie, by odtąd w długie wieczory,ledwo podjaśnione odblaskami z pieca, pełnić dwie szczególne funkcje.Jedna polegała napodkładaniu drew do ognia, a druga na snuciu dramatycznych opowieści o strachach, wilkołakach,zmorach, tłukących się po nocach nieboszczykach i nie odmawiających nikomu pomocy świętychpańskich.Żarzyła się faja, oświetlając skąpym krwawym błyskiem twarz mówiącego.Niekiedy wkrainę duchów wcisnęło się wspomnienie z jakiejś wojny, wesela czy odpustu, a jeśli zaperlił siękieliszek w ręku, mógł też być przyśpiewek, nagle odtajały pod siwymi wąsami:Od Sąca do Sącajabłonecki sadzo,ponoć mi, panosku,sablicke podadzo.Święty Marcin, skromny biskup rzymski i patron pasterzy kończących wtedy swoje zajęcia, zaczynałkiedyś także adwent.„Paratus sum ad Adventum Domini", gotów jestem na przyjście Pana.- płynęłood ołtarza na drugi dzień, nim przedarł się jeszcze świt, nieruchawy, ciężki i rozespany.Odbywały sięstare polskie roraty, które lubiano jeszcze za Piastów: królowie, karmazyni, lud.Chwalono Maryję,- 188 -błagano, by na ziemskie niwy nieba spuściły rosę, świętą rosę zbawienia, a roratnica, stojąc naołtarzu, migotała siedmioma płomykami, jakby chciała objąć, pogodzić i ukoić podczas jutrzni tych, coprzynosili jej tradycyjnie po świecy
[ Pobierz całość w formacie PDF ]