[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ram skończył mnie ubierać.Zwróciłam się do niego.- Potrzebuję Narayana.Abda ! Czy zajmiesz się księciem? Mogę cię przeprosić?Zabrałam Narayana w kąt, gdzie mogliśmy się naradzić.Poin­formowałam go, co nastąpiło.Uśmiechał się tym swoim paskud­nym uśmiechem, tak długo, że miałam już ochotę przemocą zmazać mu go z twarzy.Ale wtedy zmienił temat.- Święto mamy już za pasem, Pani.Powinniśmy wkrótce zaplanować naszą podroż.- Wiem.Jamadarzy chcą mi się przyjrzeć dokładnie.Teraz jednak mam zbyt wiele spraw na głowie.Najpierw uporajmy się z dzisiejszą nocą.- Oczywiście, Pani.Oczywiście.Nie miałem zamiaru naci­skać na ciebie.- Do diabła tam, nie miałeś.Wszystko gotowe?- Tak, Pani.Już od wczesnego popołudnia.- Czy będzie ich na to stać? Czy posłuchają rozkazu?- Nigdy nie możesz być pewna, co zrobi człowiek, kiedy będzie zmuszony powziąć decyzję, Pani.Ale ci ludzie są dawny­mi niewolnikami.Niewielu z nich pochodzi z Taglios.- Wspaniale.Idź.Ruszamy za kilka minut.Plac nazywał się Aiku Rukhadi, Skrzyżowanie Khadi.Dawno temu były to rozstaje dróg, zanim miasto wchłonęło znajdującą się tutaj wioskę.Wówczas należał do Shadar, ale dzisiaj jego właścicielami byli Yehdna.Nie był to wielki plac, najdłuższy bok liczył sobie jakieś dwieście stóp.Na środku znajdowała się publiczna fontanna, woda dla sąsiednich domów.Na placu tło­czyli się kapłani.Pojawili się przywódcy kultów, przyprowadzili ze sobą przy­jaciół, aby byli świadkami poniżenia kobiecego parweniusza.Ubrali się stosownie do okazji.Shadar wdziali biel, proste koszu­le i spodnie.Yehdna kaftany i zdobne turbany.Najbardziej licz­nie zebrane tłumy Gunni podzielone były według sekt.Niektórzy mieli na sobie szkarłatne togi, inni szafranowe, niektórzy indygo, leszcze inni akwamarynę.Następcy Jahamaraja Jaha włożyli czerń.Oszacowałam, że przyszło ich tutaj około ośmiuset lub tysiąc.Plac był wypełniony.- Jest tutaj każdy kapłan, który coś znaczy - poinformował mnie książę.Weszliśmy na plac poprzedzani szóstką nieudol­nych doboszy.Stanowili moją jedyną straż przyboczną.Nawet Ram był nieobecny.Dobosze oczyścili przestrzeń pod ścianą.- Dokładnie tak, jak chciałam - zwróciłam się do księcia.Spodziewałam się, że w przebraniu wywieram wystarczająco silne wrażenie.Z grzbietu mojego czarnego ogiera górowałam nad księciem, którego kasztanek nie był przecież kucykiem.Kapłani dostrzegli go i zaczęli szeptać miedzy sobą.Szept oś­miuset ludzi czynił taki hałas jak rój szarańczy.Zajęłam pozycję, ścianę mając za plecami, a przed sobą dobo­szy.Czy się uda?Mojemu mężowi udało się, cudem, tak dawno temu.- Władcy dusz z Taglios.- Zapadła cisza.Dobrze skonstruo­wałam zaklęcie.Mój głos rozlegał się donośnie.- Dziękuję wam za przybycie.Taglios stoi w obliczu surowej próby.Władcy Cienia stanowią zagrożenie, którego nie można nie docenić.Opowieści z Ziem Cienia niosą w sobie ziarna prawdy.Dla tego miasta i jego ludu pozostała jedyna nadzieja: stanąć w obliczu wroga ramię przy ramieniu.Podział oznacza klęskę.Słuchali.Byłam zadowolona.- Podział oznacza klęskę.Niektórzy z was uważają, że nie jestem wojownikiem odpowiednim, by walczyć o Taglios.Więk­szość z was została skuszona żądzą władzy.Wichrzycielstwa.Zamiast pozwalać, aby stan ten się dalej pogarszał, zamiast pozwolić, aby Taglios odwiedzione zostało od swego wielkiego zadania, postanowiłam wyeliminować przyczynę wichrzycielstwa.Po dzisiejszej nocy Taglios odzyska jedność.Kiedy czekali, aż ogłoszę moją abdykację, wdziałam swój hełm.Rozbłysły błędne ogniki.Wtedy zaczęli coś podejrzewać.Ktoś krzyknął:- Kina!Wyciągnęłam miecz.Zaczęły lecieć strzały.Podczas gdy mówiłam, wybrani ludzie Narayana ustawili ba­rykady w poprzek wąskich uliczek wiodących na plac.Kiedy wyciągnęłam miecz, żołnierze rozmieszczeni w otaczających plac budynkach zwolnili cięciwy.Kapłani zaczęli wrzeszczeć.Usiłowali uciekać.Barykady okazały się zbyt wysokie.Potem spróbowali zwrócić się na mnie.Mego talentu wystarczyło, by ich powstrzymać tuż przed szeregiem przerażonych doboszy.Strzały sypały się nieprzerwanie.Rzucali się w jedną stronę.Próbowali w drugą.Padali.Błagali o litość.Deszcz strzał nie ustawał, dopóki nie opuściłam miecza.Zsiadłam z konia.Prahbrindrah Drah wbił spojrzenie w zie­mię, w jego twarzy nie było kropli krwi.Próbował coś powie­dzieć, ale nie mógł wykrztusić słowa.- Ostrzegałam cię.Narayan wraz z przyjaciółmi dołączył do mnie.Zapytałam:- Posłałeś po wozy?Będzie potrzeba kilkudziesięciu, aby przewieźć ciała do nie oznakowanych masowych grobów.Skinął głową, równie osłupiały jak książę.- To nic takiego, Narayan - zapewniłam go.- Robiłam zna­cznie gorsze rzeczy.I zrobię znowu.Sprawdź ciała.Zobacz, czy nie brakuje kogoś ważnego.Przeszłam przez plac kaźni, aby powiedzieć łucznikom, że mogą uwolnić ludzi mieszkających w domach.Prahbrindrah nawet nie drgnął [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • swpc.opx.pl
  •